Noworoczne rozpoczęcie sezonu - Stryszawa 2011
Galeria foto - El@
Galeria foto - Wito
Galeria foto - meryt
Galeria foto - Maryjka
W dniach 21 - 23.01.2011 w Stryszawie odbyło się Noworoczne Rozpoczęcie Sezonu. Członkowie i sympatycy Stowarzyszenia otworzyli kolejny sezon szkoleniem i tradycyjnym kuligiem. Rozejrzeliśmy się po okolicznych lasach. Spotkaliśmy grzyby nadrzewne, które w zimowej scenerii łatwiej dostrzec a i prezentują się jakby okazalej
Pozostało więc zaopatrzyć się w ciepłą odzież, uzbroić w aparaty fotograficzne i wyruszyć na spotkanie. Zachęcona ostatnimi doniesieniami Wita o pojawieniu się dużej ilości uszaków postanowiłam zapakować dwie szafy ciuchów i opuścić na tydzień mroźną Skandynawię. Miałam nadzieję zagrzać się trochę w Polsce i przy okazji wyskoczyć na noworoczne grzybobranie.
Jednak w głębi serca najbardziej cieszyłam się na spotkanie z grzybowym towarzystwem z „tego stowarzyszenia”. Wspominając wcześniejsze spotkania radość była uzasadniona. Ostatnie przykre doniesienia o różnorakich wycieczkach lotniczych i finałach lądowań odłożyłam w najdalsze zakątki pamięci i pozostając na kursie, i na ścieżce szczęśliwie przeleciałam obszar trzech państw. Jak się później okazało moje plany związane z dogrzaniem organizmu runęły w gruzach, bo przywlokłam za sobą kolejny zmasowany atak zimy. Właściwie nie mogę mieć pretensji, bo skoro Stowarzyszenie ma w planach organizację kuligu to chyba jasne, że zima jest do tego potrzebna jak deszcz grzybom.
Noworoczne otwarcie sezonu tego roku odbyło się w Stryszawie, uroczej miejscowości w okolicy Suchej Beskidzkiej. Dotarcie do Chatki wyszukanej przez naszego tropiciela El@ utrudniała śnieżna zadyma i część trasy musieliśmy pokonać piechotą. Zmarznięci i obładowani bagażami przybyliśmy w końcu do cieplutkiej stylowej chaty gdzie ekipa z Ryczowa i okolic czekała na nas zebrana wokół kominka. W taki zimowy czas zbawienna pozostaje góralska herbatka, którą raczyliśmy się oczekując następnych gości. Kolejne godziny upływały nam jednak na próbach złapania sygnału w telefonach, bo jak na koniec świata przystało byliśmy odcięci od możliwości kontaktów telefonicznych. Błądząc w zaspach udało się znaleźć kawałek kreski na skali zasięgu i zlokalizować zaginionych, którzy od godziny zwiedzali okolicę w poszukiwaniu miejsca spotkania. Prezes dotarł trochę spóźniony, ale za to z dobrą nowiną. Towarzystwo w jednej z zagród na jego farmie powiększyło się o trzy urocze kózki. Postanowiliśmy im nadać grzybowe imiona a zatem nazywać się będą: Amanita, Tremella i Laccaria.
Wieczór pierwszy postanowiliśmy przeznaczyć na sprawy organizacyjne Stowarzyszenia. Udało się nam połączyć internetowo z Wafkiem, który pozostał w swojej skandynawskiej gawrze. Tego dnia odbyła się również premierowa odsłona nowej szaty naszego portalu. A potem były uciechy i trele, i rozmowy o taaaaakich grzybach aż do świtu. Wafek w tle nasłuchiwał naszych uciech pracując równocześnie nad kosmetyką strony Stowarzyszenia. Z opowiadań wiem, że o 5 rano El@, Meryt i Wafek jeszcze prowadzili konsultacje w tej sprawie:) Podziwiam, zatem ich poświęcenie i pracowitość.
Sobotni dzień zapowiadał się pełen wrażeń, zaplanowaliśmy połączenie rzeczy przyjemnych z pożytecznymi. Prócz rozrywki zaplanowaliśmy również organizację cyklu szkoleń dotyczących zatruć grzybami. Zaproszeni wykładowcy, specjaliści z dziedziny toksykologii obszernie i wyczerpująco przedstawili szczegóły dotyczące zatruć grzybami w tym również halucynogennymi, uzupełniając wykłady opisem przypadków klinicznych. Dla mnie osobiście ważną rzeczą było wyjaśnienie odnotowywanych i szeroko opisywanych ostatnio zatruć Gąską zielonką. Wykład z zakresu zatruć grzybami halucynogennymi był istotny, ponieważ po raz pierwszy miałam okazję dowiedzieć się rzeczy, których na pewno nie znalazłabym w Internecie ani też w publikacjach dostępnych na rynku. Dodatkowo szczegóły zatrucia przekazywane przez specjalistę, bezpośrednio zajmującego się pacjentem i prowadzącym jego leczenie są dla mnie cennym i wiarygodnym źródłem.
Późnym popołudniem rozpoczęliśmy rozgrzewkę przed zbliżającym się kuligiem. Panowie uruchomili swoje zapasy i nastał czas kosztowania mikstur i nalewek. Degustowaliśmy dereniówkę, rumówkę, pieprzówkę i chciałoby się napisać, że reszty nie pamiętam, ale może to być odebrane w dwójnasób. Nie, nie… nie idziemy tą drogą hahaha.
Odziani w kufajki, ciepłe kalesony i skarpety z wełny owczej, zaopatrzeni w suchy chleb i cukier dla koni gotowi byliśmy wsiąść do sań. Pozostało odpalić pochodnie i z kopyta na kulig rwać. Jednak cały czar prysnął, kiedy wozy podjechały zaprzęgnięte w 80 koni, ale o zgrozo mechanicznych, parskających spalinowymi wyziewami. Na gościniec wjechał koń trojański na ropę, z zabytkową karoserią marki Ursus pamiętającą wczesnego E .Gierka. El@ organizator tej imprezy, dała taki wyraz niezadowoleniu , że dolina się zatrzęsła, a echo prawie ogłuchło. Do dzisiaj zrywam się po nocach i słyszę ten krzyk - a koniki gdzie?!!! Od miejscowych woźniców dowiedzieliśmy się, że prawdziwych koni już nie ma tylko spalinowe zostały, bo świat z postępem idzie. Panicko takich oto dożyliśmy czasów ! Zrobiła się zadyma śnieżna i słowna, szoferów odprawiliśmy z kwitkiem i rwali w otchłań , aż się kurzyło.
Pomimo małej irytacji nie straciliśmy poczucia humoru i uruchomiliśmy plan B udając się na kulig piechotą. Przy pełni księżyca podziwialiśmy pobliski wodospad, odwiedziliśmy osiedle pszczół o wdzięcznej nazwie Pasieka i włóczyliśmy się po okolicy nasłuchując rżenia choćby starej szkapy na pocieszenie. Zgasły światła pochodni, pieszy kulig zakończył się ogniskiem, a my smakowaliśmy pyszne kiełbaski, choć mróz skrzypiał pod stopami. A potem były uciechy i trele, tańce swawolne i Wito z cygarem przy kominku. Abdul snuł donośne opowieści o egipskich rekinach mordercach i kobietach beduińskich. ElaP upodobała sobie jedno z pomieszczeń i spędziła tam trzykrotny WC - kwadrans. Meryt z kącika fotorejestrował przebieg zdarzeń, a Lucynka relacjonowała skoki narciarskie i wyjaśniała szczegółowo upadek Małysza. Tylko Prezesa mi było trochę żal, bo myślami często był na ukochanej farmie martwiąc się o swój nowy przybytek.
Podczas spotkania nie obyło się oczywiście bez degustacji grzybów. Zostały wymienione przepisy na zaprawy oraz omówione szczegóły kulinarne i sposoby preparowania marynat. Zatorskie ogórki kiszone tradycyjnie gościły na stole.
Ostatni dzień pozostawiliśmy sobie na długi spacer po okolicy w poszukiwaniu grzybów. Widoki Stryszawy są bajkowe szczególnie w zimowej szacie. Udało się wytropić kilka grzybozmarzlaków i wiemy, że należy tam wrócić w trakcie grzybowego sezonu.
Na koniec pozostaje tylko napisać: Sezon Grzybowy 2011 uważamy za otwarty!
PS: Wylądowałam szczęśliwie. STOP. Na termometrze – 13. STOP. Wszędzie czuję egipskie perfumy Abdula. STOP. Nie mam kominka ani cygara. STOP. Po co rozpakowałam walizy to nie wiem, bo już chcę wracać. STOP. Siedzę na galerii i wspominam. STOP. I tak aż do maja STOP. Pozdrowienia od Wafka. STOP. A koniom mechanicznym zdecydowanie NIE! STOP.
Maryjka

